Strony

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Prolog "Angelina"

Kiedy pierwszy raz poznałem Angelo?
Tak naprawdę to był czysty przypadek, który całkowicie odmienił moje życie…
                                                                     * * *
 Obudził mnie trzask okiennicy, uderzającej o ścianę. Wystraszony tym nagłym dźwiękiem usiadłem i nieprzytomnym wzrokiem rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. Kołdra, którą starannie byłem przykryty przez własną matkę, zsunęła się, tym samym wystawiając moje odkryte ramiona na zimne podmuchy wiatru. Gęsia skórka jedynie wzmocniła mój strach.
 Gdy nikogo nie znalazłem, opadłem z powrotem na poduszkę, przyciskając drobną, dziecięcą dłoń do piersi. Czemu nikt przy mnie nie czuwał, by w razie potrzeby mnie uspokoić?
 Tak, dość często, jak na 5 letnie dziecko miałem koszmary, przez co najchętniej spałem z rodzicami. Jak dla mnie to była jedyna gwarancja na to, że dożyję rana.
 Bałem się nocy. Bałem się ciemności.
 Przez kolejne minuty przewracałem się z boku, na bok, próbując znaleźć wygodną pozycję. Jednak na dalszy sen nie pozwalał mi niepokój, który ciągle mnie nie opuszczał. Uczepił się mnie jak rzep psiego ogona.
 Kolejny zimny podmuch wiatru i kolejny trzask.
 Znowu podskoczyłem, by zacząć sondować wzrokiem pokój. Ponownie wpatrzyłem się w otwarte okno. Dlaczego po tym, jak zasnąłem, nikt go nie zamknął? A może okno już było zamknięte, tylko coś je otworzyło?
 Oczami wyobraźni widziałem już potwory, czające się za oknem, w cieniach pod meblami, oraz szafie. One tylko czyhały na moment, w którym zasnę, by móc mnie zaatakować. Zadrżałem z irracjonalnego strachu i zsunąłem się powoli z łóżka, trzymając w dłoniach jedną z białych, wypełnionych puchem poduszek. Trzymałem się jej tak kurczowo, jakby była to co najmniej broń ostatecznego zniszczenia.
 Ze strachem wpatrzyłem się w ciemność, siedzącą pod moim łóżkiem i nerwowo przełknąłem ślinę. Byłem w tym momencie w takim stanie, że nawet mój płytki oddech wprawiał mnie w napady histerii.
 Powoli zacząłem podążać w bezpieczniejsze miejsce – czyli miejsce oświetlone- w tym wypadku krąg dywanu przy nieszczęsnym oknie. Starałem się nie tracić z oczu cieni. Próbowałem objąć rozbieganym wzrokiem wszystkie ciemne miejsca w pokoju.
 W końcu stuknąłem plecami o parapet i aż pisnąłem ze strachu. Odwróciłem się gwałtownie, unosząc do góry poduszkę i zamarłem. Wpatrywało się we mnie wielkie, przeogromne, czarne stworzenie z dwoma żółtymi krążkami oczu. Potwór syknął na mnie, a ja rzuciłem w niego moją ostatnią deską ratunku i zacząłem uciekać z łzami strachu w oczach.
 Biegłem przed siebie jakby gonił mnie niedźwiedź grizzly, którego z resztą też panicznie się bałem. Muszę przyznać, że pierwszy raz nie miałem problemu z otwarciem drzwi, a także z wybraniem kierunku, w którym mam iść. W tym momencie nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia.
 Goniłem tak przez korytarze, nie oglądając się za siebie. Nie chciałem wcale wiedzieć jak blisko mnie jest śmierć!
                                                                      * * *
  Siedziałem, głośno dysząc pod jednym ze stolików, na którym był ustawiony wazon z kwiatami. Nie chciałem już nigdy wracać do mojego pokoju. W sumie i tak miałem wątpliwości, czy tam sam trafię. Znowu się zgubiłem. I to we własnym domu.
 Oplatałem ramionami, podciągnięte pod broda kolana i starałem się zebrać w sobie na tyle odwagi by ruszyć na poszukiwania rodziców. Czułem się wyjątkowo bezbronny w samym podkoszulku i krótkich spodenkach. Jedynym plusem było to, że wnętrze domu o tej godzinie było jeszcze dobrze oświetlone. W końcu nie chodzili spać o 19 tak, jak ja. Może wcale nie będzie aż tak trudno ich znaleźć?
                                                                     * * *

- Więc to naprawdę nie jest jego dziecko.- Do moich uszu dobiegło zmęczone westchnienie mojego ojca. O co chodziło? Spoglądałem przez szparę w drzwiach, tym razem po prostu nie chcąc przerywać im rozmowy. Nawet zapomniałem o potworze, który mnie tu zagnał.- Jak długo o tym wiesz?
- Dopiero dwa tygodnie temu się zorientowałam.- Zdziwiłem się, widząc tu akurat ciotkę.. Rzadko nas odwiedzała.- Anthony, co ja mam teraz zrobić? Jeśli się dowie... To będzie koniec.- Blond włosa kobieta, zataczała nerwowe kręgi po pokoju. Po jej figurze tańczyły promyki światła, padające na nią z ogromnego kominka, w którym zapewne dałoby się ją upiec...
 Za ciotką podążał nieustannie wzrok mojej matki, która w dystyngowanej ciszy siedziała w fotelu. Wydawała się zmartwiona. Przechyliłem głowę na bok, uchylając tym samym nieco szerzej drzwi.
- Więc zrób tak, Aubrey, by się nie dowiedział.- Morys uśmiechnęła się przy tym łagodnie.
- Mory, to nie takie proste.- Wzburzona jasnowłosa zaczęła krążyć w drugą stronę. Kraniec jej plisowanej sukni podążał za nią po barwnym dywanie.- Jeśli zażąda ode mnie testów na ojcostwo nie będę wstanie go odwieźć od tego pomysłu. Będzie uważał, że ma prawo do takiego kroku. Moje odmowy będą podejrzane.
- Jesteś pewna, że to dziecko powstało w tamtym okresie, siostro?- Ojciec stał opart o fotel mojej matki. Na szczęście był odwrócony do mnie plecami, więc nie miał jak mnie zobaczyć. A zawsze mnie nakrywał, gdy próbowałem się mu wkraść do biura podczas jego rozmów w sprawach biznesowych. Mój potężny, wyrachowany tato wyglądał w tym momencie, jakby przybyło mu z 10 lat. 
 Zaintrygowało mnie to.
 Zaintrygowało mnie to ze względu na fakt, iż moi rodzice niezmiernie rzadko okazywali jakiekolwiek emocje.
- Tak. Przecież mówię ci, że to już 11 tydzień.- Kobieta wpatrzyła się w płomienie, trzaskające w kominku i dotknęła swojego brzucha.- Nie było go wtedy przez trzy tygodnie w domu. Na pewno się domyśli, że nie ma szans, by to było jego dziecko...- Aubrey zadrżała, a jej oczy się zaszkliły.
- Siostrzyczko... Jak mogłaś do tego dopuścić? Wiesz przecież, że tym samym wystawiasz cały honor naszej rodziny na pożarcie wilków.- Ojciec gwałtownie się wyprostował. Przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy to jego nie powinienem się bać.- Japończycy, a szczególnie ci wysoko postawieni, bywają bardzo konserwatywni. Myślisz, że jeśli się dowie nie zabije zarówno dzieciaka, jak i ciebie?!
- Doskonale sobie zdaję sprawę na co narażam siebie i was!- Kobieta wbiła spojrzenie szafirowych oczu w Anthonego. Przy tym gwałtownym obrocie jej suknia zafalowała, owijając się na chwilę dookoła niej, by później niczym sprężyna powrócić na dawne miejsce.- Gdybym się nie obawiała tak konsekwencji, nie przyszłabym do was by wszystko wam opowiedzieć i poprosić o radę. Wystarczająco dużo nerwów już się najadłam, a to nie jest zdrowe dla mojej małej Angeliny.- Uniosła do góry brodę i znowu ruszyła w drogę. 
 W ogóle nie rozumiałem o co w tej całej sytuacji chodzi. Co takiego było z tą całą Angeliną? Dlaczego tylko ona zasługiwała na takie silne emocje? Co takiego w sobie miała?
 I czemu ona to miała, a ja nie?
- Już je, głupia, nazwałaś?- Warknięcie mojego ojca sprawiło, że się cofnąłem z przestrachem.
- A co miałam zrobić?! W jego ręce trafiły testy ciążowe! Muszę przed nim udawać, że cieszę się z faktu, że będziemy mieli dziecko!- Jej głos się zarwał na ostatnim słowie.
- Co mnie podkusiło by połączyć ród Brytyjski z Japońskim. Boże, co mnie podkusiło?- Głos Anthonego stracił na mocy, a on sam bezwiednie usiadł na jednej z dwóch kanap.
- Kochanie, spokojnie.- Blada dłoń Morys spoczęła na ramieniu blondyna.- Gdybyś przyszła do nas te dwa tygodnie wcześniej moglibyśmy jeszcze dokonać domowej aborcji.- Rzuciła z takim spokojem, jakby mówiła o wypieku muffinek.- Tabletki poronne to nie jest coś trudnego do zdobycia. Mielibyśmy problem z głowy.
 Zamrugałem ze zdziwieniem oczyma. Teraz rozumiałem jeszcze mniej, niż na początku. Wiedziałem tylko tyle, że ta Angelina dotyka coraz to kolejnych pokładów emocji w moich rodzicach. Przyglądałem się temu, a w sumie bardziej przysłuchiwałem, niemalże z nabożną czcią.
- Gdy tylko się dowiedział nie odstępował mnie na krok.- Aubrey zmrużyła oczy i znowu dotknęła swojego lekko odstającego brzucha.- Udało mi się tu z wami spotkać tylko dlatego, że nie chciał bym podłapała coś od służących, którzy zaczęli chorować.- Prychnęła z pogardą, jakby na chwilę zapominając o tym, że męczą ją wyrzuty sumienia i strach przed śmiercią.- Jeśli teraz dokonam aborcji w klinice będzie się wściekał, nie puści mnie... Na pewno będzie wiedział wcześniej o moich planach... Że też mnie wtedy poniosło.- Ze skrajności, w skrajność. Zaczęła jej drżeć dolna warga. Wyglądała, jakby cudem powstrzymywała się od płaczu. Ta ciotka od zawsze była jakaś dziwna, ale nigdy nie sądziłem, że aż tak... Może dlatego była dla mnie dziwna, że jako jedyna okazywała normalnie swoje prawdziwe emocje?
- Angelina, tak?- Morys była widocznie zamyślona.- Dodaj temu dziecko jeszcze z dwa tygodnie... Musisz najpierw przekonać siebie, że to jego dziecko, a wtedy on spije ci wszystko z warg. Problem zniknie, a on przywita dziewczynkę jak swój największy dar, a ty będziesz mogła w przyszłości zadać mu cios, na który nie będzie przygotowany.- Głos mojej matki był teraz całkowicie obdarty z delikatności. Był zimny, okrutny i ociekający jadem nienawiści.
 Cofnąłem się najpierw o jeden krok, a po chwili o drugi...
 To nie mogła być moja mama...
 Nie wierzę w to...
 Nie zważając na to, że hałasuję zacząłem uciekać. Znowu uciekałem. Uciekałem przed własną rodziną.
                                                                       * * *
  Więc kiedy pierwszy raz poznałem Angelo?
 To był czysty przypadek. Dowiedziałem się o nim, nawet nie rozumiejąc o co tak na prawdę chodzi. Poznałem go wtedy, gdy jeszcze był Angeliną, a jego życiu zagrażała śmierć zadana ręką jego własnej matki.
 Z jego imieniem wiązało się coś, co wywoływało przeróżne emocje na twarzach moich rodziców.
 To właśnie przez ten fakt dostałem na jego punkcie bzika. Przyciągał mnie do siebie niczym magnes, pozbawiał strachu, dziecięcych, wesołych przemyśleń i zabaw. Pozbawił mnie wszystkiego.
 Zamiast przerażenia wybudzał we mnie coraz to większe pokłady zazdrości.
 W moich snach Angelina ginęła, oddawszy mi wcześniej wszystkie te emocje, które towarzyszyły tym czterem sylabom, które tworzyły jej imię.
 W moich snach była piękną, jasnowłosą, bezradną i niewinną istotką.
 Za każdym razem ją zdobywałem.
 Za każdym razem była moja. 
 Całkowicie zależna ode mnie.
 Podczas gdy w sennych marach ją zabijałem, wykorzystywałem i poniżałem, w rzeczywistości knułem, pragnąłem i nienawidziłem.
 Bo tak naprawdę to ja chciałem być Angeliną.
 Więc może i lepiej byłoby dla niej, gdyby się nie urodziła?
~~
( Mały Rillian )

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz